niedziela, 22 listopada 2015

Rozdział 7

Oto i kolejny rozdział. Mam nadzieję, że się spodoba. Serdecznie zapraszam do czytania i komentowania, klawiatura nie jest taka straszna.
***
 
Było już ciemno, jednakże Sethal, dzięki swoim wyostrzonym zmysłom, z łatwością studiował rozłożoną na piasku mapy. Wynikało z nich, że korytarz którym się wydostali, ma wyjście na wschód, czyli w stronę oceanu. Powinni podróżować jeszcze kilka dni, nim dotrą do wody. Potem zaczną przemieszczać się na północ, do bagien.
 
Rudowłosy westchnął. Miał nadzieję, że wystarczy im zapasów do czasu, aż dotrą do jakiejś osady. Może znajdą się tam jakieś życzliwe osoby, które im pomogą. Nie mógł zabrać ze sobą zbyt wiele, tylko to, co on sam mógł unieść. Nefalang nie był jeszcze zdolny do noszenia ciężkich rzeczy. Ledwie radził sobie podczas ich kilkugodzinnej wędrówki.
 
Nagle obok niego rozległ się szelest materiału. Odwrócił się w tamtą stronę i zobaczył, że jego partner przeciera zaspane oczy. Rudowłosy uśmiechnął się delikatnie, jego Nef wyglądał naprawdę uroczo w takich momentach. Rudowłosy podszedł do niego na czworakach i przyklęknął obok jego klatki piersiowej. Kiedy leżący mężczyzna rozbudził się trochę, wyciągnął dłoń i pogłaskał nią policzek partnera. Zmienny tygrys zarumienił się delikatnie, po czym pochylił się i lekko musnął usta drugiego. Nefalang spróbował pogłębić pocałunek, ale Sethal odsunął się gwałtownie. Twarz księcia momentalnie spochmurniała.

-Dlaczego zawsze mnie odpychasz?- wyburczał- Za każdy razem, gdy próbuję czegoś więcej, ty się odsuwasz!
 
Na obu twarzach widoczny był smutek. Żaden z nich przez jakiś czas się nie odzywał. Dopiero po chwili Sethal wydusił z siebie słowa:
 
-Nie jest to całkowicie moja wina- z jego ust wydobył się szept- Opowiem ci, co się stało, ale proszę, nie przerywaj mi! Moja rodzina pochodzi z lasów Torser. Tam także się wychowałem. Przez wiele lat żyliśmy w spokoju, jednakże nic nie trwa wiecznie- chłopak zaśmiał się gorzko- Pewnego dnia do naszej wioski przybyła grupa żołnierzy. Zostali powitani z gościną. Nikt nie spodziewał się, że to Bohat ich wysłał. Jeden z przybyłych, wydaje mi się że najstarszy, był chory. Już wtedy miałem dość duży talent do uzdrawiania, więc to mnie poproszono o pomoc. Oczywiście zgodziłem się, byłem młodziutki i pragnąłem uwagi ze strony innych. Kiedy tamten leżał w gorączce, reszta miała czas na dokładne oglądnięcie miasteczka. Po kilkunastu dniach mężczyzna wyzdrowiał. Nic już nie trzymało tych demonów w naszym domu, więc mieli wyruszyć następnego dnia. Poszedłem do niego sprawdzić, czy dobrze się czuje. Nie zrobiłbym tego z własnej woli, mężczyzna wzbudzał we mnie strach, jednakże zostałem poproszony przez starszyznę. Kiedy wszedłem do małej chatki, którą zamieszkiwali żołnierze, nikogo nie zobaczyłem. Zacząłem nawoływać od progu, lecz nikt mi nie odpowiadał. Dopiero po chwili usłyszałem przytłumiony krzyk. Nie mam pojęcia, dlaczego nie poszedłem wtedy po pomoc, ale skierowałem się do źródła hałasu. Kiedy otworzyłem jedne drzwi, zobaczyłem jednego z przybyłych, który właśnie poderżnął gardło mojej sąsiadce. Biedaczka przeżyła dopiero czterdzieści wiosen. Spróbowałem wyjść po cichu na zewnątrz, ale znikąd pojawił się kolejny z nich. Zaciągnął mnie do pokoju i rzucił na podłogę. Ze strachu nie potrafiłem się ruszyć. Nie pamiętam zbyt wiele z tego, co się działo potem. Czułem tylko ogień trawiący dolną część mojego ciała. Gdy ci dwaj skończyli się zaspokajać, po prostu zniknęli. Jakiś czas później znalazła mnie Karima. Niepokoiła się, że tak długo nie wracam. Leżałem ponoć na podłodze cały we krwi. Moja siostra znalazła w sobie siłę i zaniosła mnie do naszego domu. Razem z matką oczyściła moje ciało i położyła na posłaniu. W tym czasie ojciec zebrał kilka silnych osób i poszedł szukać mężczyzn, jednak nigdzie ich nie było. Pewnie poszli dalej, do kolejnej wioski. Przez wiele tygodni nie wychodziłem z mojego pokoju. Jedynie dzięki Karimie zacząłem rozmawiać z innymi i przestałem bać się dotyku. Przynajmniej takiego bez podtekstu. Kilka tygodni później, gdy funkcjonowałem względnie normalnie, dostrzegłem na rynku mojego dawnego pacjenta. Nie zdążyłem dobiec na pole, gdzie pracował mój ojciec, ponieważ rozpętało się piekło. Znikąd pojawiło się wojsko, które zaczęło mordować ludzi. Ogarnął mnie paniczny strach, a moje myśli pognały w stronę tamtego wieczoru. Znów nie mogłem się ruszać. Nagle przedemną wyrósł on, sam książę. Zamachnął się mieczem i uderzył mnie w głowę płaską stroną klingi. Gdy się obudziłem, byłem w jakimś jasnym pomieszczeniu. Leżałem związany na ziemi. Musieli mi coś podać, bo nie udałoby im się mnie przewieźć bez ponownego ogłuszenia. Wracając jednak do tematu, tak właśnie znalazłem się w Sandburgu. Spędziłem tam dziesięć lat, dopóki nie pojawił się pewien zadufany w sobie wilk, który okazał się moim partnerem i dał mi nadzieję na normalne życie- zakończył z delikatnym uśmiechem, próbując ukryć zaczerwienione oczy.
 
Nefalang siedział chwilę z otwartymi ustami, po czym delikatnie przyciągnął do siebie Sethala i przytulił go do swojej klatki piersiowej. 
 
-Przepraszam-wyszeptał, gładząc delikatnie jego włosy- powinienem wiedzieć, że masz jakiś powód.
 
Siedzieli przez jakiś czas przytuleniu do siebie.
 
-Wiesz- zaczął niepewnie Sethal- jest o wiele łatwiej, gdy się komuś o wszystkim powie. Czuję się teraz pewniej.
 
Starszy uśmiechnął się na to i musnął delikatnie jego czoło.
 
- Pamiętaj, że możesz mi powiedzieć o wszystkim. Jestem w końcu twoim partnerem, może się na coś przydam- Sethal parsknął śmiechem na jego słowa- Nie śmiej się kochanie, to ty jesteś
bohaterem. Uwolniłeś mnie i miałeś obmyślony plan. A ja? Leżałem nieprzytomny w celi.
 
- Nie udałoby mi się to bez Karimy i Resterofa- westchnął ciężko- Powinniśmy już ruszać. Jeśli się pospieszymy to już za kilka dni dotrzemy do oceanu, a wtedy będzie się łatwiej podróżowało.
 
Wstał z kolan Nefalanga i zaczął zbierać leżące na piasku rzeczy. Zmienny wilk patrzył się na niego przez chwilę, lecz zaraz zaczął mu pomagać. Nie mieli ze sobą zbyt wielu tobołków, więc pakowanie trwało zaledwie chwilę. Gdy byli już gotowi, ruszyli w drogę. Musieli się co jakiś czas zatrzymywać, ze względu na zdrowie Nefalanga, ale parli się do przodu. Szli zaledwie kilka godzin, kiedy nagle z daleka rozległ się dudniący dźwięk. Oczy Sethala rozszerzyły się ze strachu, a jego twarz zwróciła się w stronę partnera.
 
- Chyba już zauważyli, że nas nie ma- wyszeptał rudowłosy.
 
***
 
Następnego Dnia Moha przyszła na umówione spotkanie. Z każdą chwilą czuła się coraz bardziej zniecierpliwiona. Miała nadzieję, że będzie mogła spędzić z Galletem cały dzień.
 
Usiadła na ławeczce i czekała. Mijały kolejne godziny, a chłopak nie przychodził. Zaczęła się coraz bardziej niecierpliwić. Nagle, gdy dzwony już dawno wybiły południe, zza zakrętu wybiegł jej zaczerwieniony ze zmęczenia partner. Gdy wreszcie stanął naprzeciw niej próbując złapać oddech, zdenerwowana Moha podniosła się na nogi.
 
- Mówiłeś bym przyszła, kiedy wybije dwunasta, a sam się spóźniasz!- warknęła przez zęby.
 
- Przepraszam- wydyszał- Nie miałem zamiaru przyjść o tej godzinie. Ojciec mnie zatrzymał.
 
- Kim jest więc twój ojciec, dzięki któremu zawodzisz moje zaufanie?- powiedziała zimnym tonem, na co chłopak się skulił.
 
- Nie mogę ci jeszcze powiedzieć- mruknął pod nosem- będziesz mnie wtedy traktowała zupełnie inaczej. Chcę być dla ciebie samym sobą, a nie synem mego ojca.
 
- Wydawało mi się, że jestem twoją partnerką, powinnam raczej wiedzieć taką rzecz- upierała się dziewczyna.

- Znasz go- wymamrotał po chwili ciszy- jest najważniejszą osobą w tym cholernym państwie.
Moha otworzyła szerzej oczy, przecież najważniejszą osobą w Cesarstwie jest...
 
- Jesteś cesarskim synem- chłopak skinął niepewnie głową.
 
Młoda wilczyca stała chwilę patrząc na niego, po czym osunęła się na ławkę. Musiała przemyśleć całą sytuację. Rozumiała postępowanie Galleta, jednakże poczuła się lekko zraniona. Po chwili ciszy, która zapadła, chłopak uklęknął pomiędzy jej nogami.
 
- Powinienem ci powiedzieć to wcześniej, prawda?- dziewczyna skinęła potakująco i spojrzała w jego oczy- Przepraszam, czasami nie myślę.
 
Wpatrywali się w siebie przez jakiś czas, kiedy Moha pochyliła się nagle i musnęła jego usta swoimi. Po chwili wahania starszy oddał pocałunek. Pieszczota nie trwała długo, lecz obydwoje ledwo mogli złapać oddech po jej zakończeniu. 
 
- Chyba się w tobie zakochałem- szepnął jej od ucha chłopak, na co ona zaśmiała się.
 
- Ja chyba też się w tobie zakochałam- odpowiedziała mu z uśmiechem.

niedziela, 15 listopada 2015

Rozdział 6

Hej, obiecałam, że w weekend dodam kolejny rozdział i proszę, oto on. Zapraszam do czytania i komentowania!
***
 
Sethal przygotowywał swoją siostrę do jej roli. Gdy skończył układać włosy kobiety, ona wstała i zaczęła nakładać na siebie cienką sukienkę. Wyglądała cudownie. Delikatny  makijaż podkreślał ładnie wykrojone usta i lekko skośne oczy.
Rudowłosy patrzył przez chwilę na siostrę, po czym przytulił się do niej. Starsza oddała uścisk, lecz chwilę później odsunęła się i uśmiechnęła smutno.
- Nie martw się braciszku, jestem genialną aktorką i nikt się nie zorientuje- pocieszyła go, chociaż sama nie miała przed sobą łatwego zadania- będę czekać, aż po mnie wrócisz.
Na pożegnanie musnęła jego czoło ustami i wyszła. Młody zmienny czekał, dopóki nie usłyszał dzwonów. Gdy rozległ się ich dźwięk, rzucił się pędem w stronę lochów. W rozgardiaszu nikt nie zwracał na niego uwagę.
Kiedy dotarł do podziemi, zaczął się rozglądać za strażnikiem. Nie zauważył go nigdzie, więc pchnął drzwi stróżówki i zaczął szukać klucza do celi Nefalanga. Nie mógł nigdzie znaleźć przedmiotu. Nagle usłyszał czyjeś ciężkie kroki. Ze strachem zaczął poszukiwać jakiegoś schronienia. W kącie pokoju stała toporna, drewniana szafa. Rudowłosy podbiegł do niej i przystąpił do ciągnięcia ze zdenerwowaniem jej drzwiczek. Po chwili ustąpiły, a chłopak wgramolił się do środka i pociągnął do siebie zamknięcie mebla. Po chwili usłyszał przytłumione dźwięki dochodzące z pomieszczenia.
Miał nadzieję, że osoba, która weszła do środka nie jest zbyt spostrzegawcza i nie zorientuje się o obecności kogoś jeszcze. Jakiś czas siedział skulony, gdy nagle drzwiczki otworzyły się z trzaskiem. Po drugiej stronie stał postawny mężczyzna. Sethal po zapachu poznał, że jest zmiennym niedźwiedziem. Tłumaczyło to jego posturę.
Rudowłosy został gwałtownie wyciągnięty na zewnątrz i jego opór na nic się nie zdał. Gdy mężczyzna go puścił, chłopak upadł na ziemię i zaczął się cofać ze strachem. Bał się jak nigdy wcześniej. Miał wrażenie, że za chwilę umrze w tym pokoju, zapomniany przez cały świat.
- Co tu robisz tygrysie?- zapytał wreszcie stojący.
- Mój partner, ja chciałem mu tylko pomóc. Inaczej nawet bym nie próbował- zaczął się plątać, a łzy natychmiastowo pojawiły się w jego oczach.
- Kto?
- Słucham?- zdziwiony Sethal spróbował pohamować łzy.
- Kto jest twoim partnerem?- warknął niedźwiedź .
- Książę Nefalang, jeden z więźniów- wyszeptał wystraszony chłopak.
Wtedy stała się rzecz praktycznie niemożliwa, postawny mężczyzna wyciągnął swoją wielką dłoń w stronę siedzącego. Rudowłosy, z lekkim wahaniem, przyjął pomoc i wstał na drżące nogi. Podtrzymywany przez mężczyznę, który wcześniej wyglądał jakby pragnął jego śmierci, a teraz się uśmiechał, jakoś utrzymał się w pionie.
- Przepraszam za moje wcześniejsze zachowanie. Musiałem się upewnić, że jesteśmy po tej samej stronie- powiedział, po czym dodał z lekkim ukłonem- jestem Resterof, zwiadowca Jego Cesarskiej Mości. Zostałem tu wysłany razem z moją drużyną, czy wiadomość o porwaniu syna księcia Thusanga była prawdziwa.
Sethal stał chwilę zamurowany, a potem powiedział niepewnie.
- Czy mógłbyś udowodnić mi, że jesteś tym, za kogo się podajesz?
Mężczyzna podciągnął jedynie rękaw lnianej koszuli. Na jego przedramieniu widniał tatuaż, który przedstawiał włócznię z mieczem. Pod spodem znajdowało się trzydzieści, cienkich kreseczek. Trzydzieści lat służby w imieniu cesarza. Gdy chłopak to zobaczył, odchrząknął.
- Jeśli już wiesz, że wiadomość była prawdziwa, to mógłbyś mi pomóc uratować Nefalanga. To jedyna taka okazja. Moja siostra poświęca teraz swoje życie, bym ja mógł być razem z ukochanym- błagalny ton głosu przekonał Resterofa, nie mógł patrzeć na cierpienie tego drobnego chłopaczka.
Postawny mężczyzna poprosił młodego o poprowadzenie do celi księcia. Sethal nie miał pojęcia, co tamten zamierza zrobić. Z tego co wiedział, żaden z nich nie posiadał klucza do pomieszczenia.
Kiedy dotarli pod kraty, zwiadowca przyłożył lewą rękę do zamka, a metal zaczął się topić. Po chwili drzwi stanęły otworem. Sethal patrzył się chwilę na zmiennego niedźwiedzia, następnie wkroczył do środka. Przykucnął obok Nefalanga i wlał mu do ust zieloną maź. Nie minęło dużo czasu, nim chłopak poderwał się do siadu. Przez chwilę oddychał ciężko. Gdy uspokoił oddech, zwrócił się z pytaniem do swojego partnera.
- Seth, co się dzieje?
- Musimy się pośpieszyć. Mamy mało czasu, żeby się wydostać, a następnej okazji możemy nie mieć. Tamten mężczyzna to Resterof, jest cesarskim zwiadowcą i nam pomoże.
Zmienny wilk jedynie pokornie przytaknął i wyciągnął rękę po pomoc we wstaniu. Rudowłosy podciągnął go z lekkim wysiłkiem. Magle poczuł, że ciężar partnera nie jest już taki wielki. Spojrzał w bok i ujrzał wysłannika ze stolicy, który podtrzymuje jego partnera.
- Prowadź, ja go będę trzymał-wyrzekł olbrzym.
Sethal skinął głową i wyszedł szybko z celi. Ruszył prędko w głąb korytarza. Co jakiś czas oglądał się za siebie, by zobaczyć, czy mężczyźni podążają za nim. W pewnym momencie dotarli do zmurszałych, drewnianych drzwiczek. Korytarz w tym miejscu był bardzo ciasny, a ściany pokryte starymi pajęczynami. Zmienny niedźwiedź z powodu swojego postawnego ciała ledwie się mieścił i stał przygarbiony.
Kiedy Nefalang i Resterof odpoczywali, rudy szukał czegoś na ścianie. W końcu znalazł wgłębienie w jednym z kamieni, więc wsunął do środka palce. Drzwi stanęły otworem z cichym szczękiem. Sethal odwrócił się do towarzyszy. Blady Nef opierał się o ścianę i ciężko oddychał. Resterof patrzył przez chwilę na ciemne przejście.
-Dalej z wami nie pójdę- powiedział mężczyzna- spróbuję odwrócić ich uwagę od waszej ucieczki.
- Dziękuję-wyszeptał rudowłosy i podszedł do wyższego- mam nadzieję, że nic ci się nie stanie i… mogę mieć do ciebie jeszcze jedną prośbę?
Zmienny niedźwiedź skinął delikatnie głową.
- Chodzi o moją siostrę, czy mógłbyś się upewnić, że wszystko z nią w porządku?
- Oczywiście- przytaknął- jednakże teraz powinniście już iść. Nie powinniście tracić czasu.
Popchnął lekko chłopaka, odwrócił się i zniknął w korytarzu, z którego przyszli.
 
***
Moha leżała w łożu z otwartymi oczyma. Już od kilku godzin myślała o minionym dniu. Nie mogła wyjść ze zdziwienia, że odnalazła swojego partnera. Bardzo rzadko zdarzało się to przed pięćdziesiątymi urodzinami, a ona w wieku zaledwie dwudziestu trzech lat już go spotkała. Westchnęła z rozmarzeniem, jeszcze nigdy nie spotkała tak doskonałej istoty, jak on.
Przymknęła oczy i z obrazem partnera przed oczyma, zasnęła.
***
Karima skuliła się w kącie swojej komnaty. Jeszcze nikt nie zorientował się, że to ona odurzyła księcia. Było to jednak tylko kwestią czasu. Nagle po pomieszczeniu rozległ się dźwięk pukania do drzwi. Z lekkim wahaniem podeszła do nich i uchyliła je lekko. Gdy ujrzała, kto tam stoi, aż wciągnęła ze zdziwienia powietrze.
- Resterof- wyszeptała.
Rzuciła się w ramiona mężczyzny i po chwili odszukała jego usta swoimi. Całowała go zachłannie, aż oboje stracili oddech.
- Nie spodziewałem się, że to ciebie tutaj spotkam- wymruczał do jej ucha.


niedziela, 18 października 2015

Rozdział 5

Hej, jest mi naprawdę przykro, że rozdział nie ukazał się tak, jak powinien, ale ten tydzień by dla mnie dość ciężki. Mam nadzieję, że znajdzie się jakaś osoba, która to przeczyta. Uprzejmie proszę o komentarze, w których powiecie mi, gdzie zrobiłam błędy. Zapraszam do czytania!
 
***
 
Kilka dni później, gdy cesarz wydał już rozkaz zwiadowcom i mieszkańcom stolicy zostało tylko czekanie na wyniki rekonesansu, Moha szła zamyślona ogrodem cesarskim.
Park był przepiękny, przez środek prowadziła brukowana ścieżka, którą otaczała intensywnie zielona trawa. Co jakiś czas rosły wielkie drzewa. Gdzieniegdzie postawione zostały drewniane ławeczki, by przechodzący mogli odpocząć w gorący dzień. Pośród trawy widać było kolorowe kwiaty.
Jednakże młoda wilczyca ie zwracała na to wszystko uwagi. Miała już dość panującego w pałacu zachowania. Prawie wszyscy traktowali ją jak małe dziecko, a tylko nieliczni zwracali uwagę na jej zdanie. Była tym oburzona, przecież jako jedna z niewielu wiedziała, co się dokładnie wydarzyło w Norborcie.
Gdy tak parła przed siebie i złorzeczyła w myślach na wszystkie znane jej osoby, nie zauważyła zakrętu ścieżki i wystającego z ziemi korzenia. Z rozpędem zahaczyła nogą o wystający kawałek drewna i gdyby nie pewien młodzieniec, który pojawił się znikąd, najpewniej skończyła by na trawie z rozbita głową. Aczkolwiek chłopak tam był i chwycił ją w pasie, zanim się przewróciła.
Kiedy pierwszy szok minął, Moha poczuła coś dziwnego, w powietrzu unosił się słodkawy zapach. Kiedyś usłyszała pewną służkę, która tak opisywała woń partnerstwa. Dziewczyna wciągnęła gwałtownie powietrze i odwróciła się powoli w stronę swojego wybawcy, który wciąż trzymał ją w swoich ramionach.
Z zaciekawieniem zaczęła przypatrywać się jego twarzy. Nie mógł być od niej o wiele starszy, może z dziesięć lat, co oznaczało, że przeżył już około trzydzieści wiosen. Jego włosy były białe z lekkimi połyskami błękitu. Oczy , nienaturalnie czerwone, były otoczone przez długie, jasne rzęsy. Na bladej skórze wyraźnie było widać zaróżowienie od słońca.
Po chwili trwania w bezruch chłopak odchrząknął i odsunął wilczycę od siebie. Był od niej wyższy o półtorej głowy, więc gdy mierzył ją kilka sekund spojrzeniem, głowę miał skierowaną w dół.
Nagle uśmiechnął się szeroko i ujął lekko dłoń osłupiałej dziewczyny. Pocałował delikatnie jej wierzch i ukłonił się z gracją.
- Witaj moja piękna, nazywam się Gallet. Czy zechciałabyś być tak łaskawa i ujawniłabyś mi swe imię?- jego styl mówienia zdradzał, że pochodzi z wyższych stref. Słowa nie wydawały się wymuszone, idealnie do niego pasowały.
- Moha- zawahała się przez chwilę. Nie była pewna, czy powinna mu od razu zdradzić swoje pochodzenie. Po szybkim przeanalizowaniu sytuacji dodała- Księżniczka Moha, córka księcia Thusanga, władcy Norbortu.
- Tak więc księżniczko, czy wiesz jakiego zaszczytu właśnie dostąpiliśmy?
Dziewczyna niepewnie skinęła głową. Była świadoma kogo właśnie poznała, ale najpierw musi dowiedzieć się czegoś o swoim partnerze. Nie rzuci się przecież w ramiona dopiero co poznanemu mężczyźnie, nawet jeśli jest jej partnerem.
- Jestem świadoma zaistniałej sytuacji, jednakże… czy moglibyśmy zwracać się do siebie mniej oficjalnie?
- Ależ oczywiście moja droga, w końcu powinniśmy poznać się lepiej, a taki język raczej nam ego nie ułatwi. Wybacz mi jednak, jeśli czasami powiem coś w zbyt pompatycznym stylu, po tylu latach na dworze przywykłem do takiego języka.
Zaśmiała się cicho. Towarzyszący jej chłopak miał w sobie coś, co poprawiało humor i odwracało jej myśli od nieprzyjemnej rzeczywistości. Po chwili stania w tym samym miejscu, Gallet zaproponował, by usiedli na ławce niedaleko. Moha przyjęła tę propozycję z wdzięcznością, nogi zaczynały już ją boleć od stania w jednym miejscu.
- A więc kochana, co takiego robisz w stolicy. Nieczęsto przyjeżdżają tu osoby z północy. Wyjątkiem jest książę Casto, twój brat jak mniemam.
- Tak, Casto jest moim bratem. Co do powodu mojej wizyty tutaj, nie mogę uwierzyć, że o tym nie słyszałeś. Ponad tydzień temu z naszego zamku został uprowadzony Nefalang, to jest mój najstarszy z braci i jednocześnie następca ojca. W jego pokoju wyczuć można był o woń zmiennych panter, a na łożu leżała czarna koperta. Nie wiem, co w niej było, jednakże treść musiała bardzo zdenerwować ojca. Dobrze, że udało mi się go uspokoić, bo inaczej zrobiłby coś głupiego- wzięła głęboki oddech i na chwilę przerwała opowiadanie- kilka dni później wyruszył orszak w stronę cesarstwa. Nie miało mnie tam być, jednak nie mogłam usiedzieć na miejscu i ukryłam się w jednym z wozów. Potem przybyliśmy tutaj. Najpierw cesarz nie chciał się zgodzić na wysłanie patrolu, który sprawdziłby co się dzieje, ale znowu nie mogłam usiedzieć na miejscu i tak jakby… weszłam w nocy do części pałacu, w której leżą komnaty cesarskie. W międzyczasie Kopanyang zdążył zmienić zdanie, więc teoretycznie niepotrzebnie się narażałam, ale przynajmniej coś zrobiłam.
Kiedy Moha skończyła opowiadać, Gallet siedział chwilę zamurowany, po czym parsknął śmiechem.
- Jesteś niemożliwa. Jeszcze nigdy nie poznałem osoby, która miałaby w sobie tyle miłości do brata.
Nagle z oddali odezwał się dźwięk dzwonów, na co obydwoje poderwali się gwałtownie. Było już naprawdę późno. Podczas rozmowy z partnerem, dziewczyna zupełnie straciła poczucie czasu. Musiała już iść, więc pożegnała się szybko i już miała się odwrócić, lecz on przyciągnął ją do siebie i przytulił.
- Przyjdź tutaj jutro w południe- wyszeptał wilczycy do ucha, odsunął się kilka kroków i po prostu rozmył się w powietrzu.
Moha stała jakiś czas zdziwiona, ten jasnowłosy osobnik był naprawdę intrygujący.
***
Esfolg
 
Sethal spędzał wiele czasu przy swoim partnerze. Nie opuszczał go prawie nigdy, a biorąc pod uwagę, w jakim stanie był mężczyzna, to rudowłosy miał wiele czasu do namysłu. Cały plan ucieczki miał już dokładnie obmyślony, trzeba było tylko czekać na stosowny moment.
Młody zmienny westchnął i podniósł się z zimnej podłogi. Umówił się z siostrą, że pomoże jej się przygotować na kolejną noc z księciem. Od czasu pojmania Karima miała okropne życie, jednakże znajdywała czas, by pomóc mu i Nefalangowi. Był jej za to dozgonnie wdzięczny.
Po chwili dotarł do pokoju siostry. Kobieta stała na środku pomieszczenia owinięta jedynie kocem. Jej kasztanowe włosy były w całkowitym nieładzie. Nagle odezwała się zachrypniętym głosem:
-Już czas Sethalu, trzeba wprowadzić plan w życie!


niedziela, 4 października 2015

Rozdział 4


Rozdział po raz kolejny w niedzielę. Coś mi się wydaje, że nie będzie jednego dnia dodawania postu. Uprzedzam, że za tydzień pojawi się czwartek- piątek, albo dopiero w poniedziałek. Proszę o pisanie komentarzy i zwracanie mi uwagi na błędy. Życzę miłego czytania
***
Sethal siedział skulony w kącie, przysłuchując się wydobywającym się zza ściany krzykom ukochanego. Już nie płakał. Nikt nie mógł zobaczyć jego słabości. Czekał, aż ktoś go wezwie, by opatrzył rany Nefalangowi. Mijały godziny, a wrzaski stawały się coraz cichsze. W pewnym momencie nie było już nic słychać, poza przytłumionymi śmiechami niektórych oprawców.

Drzwi sali otworzyły się. Stała w nich kobieta w średnim wieku. Po zapachu Seth wywnioskował, że jest ona panterą, jak większość ważnych osób w Sandburgu. Niedbałym machnięciem ręki przywołała do siebie rudowłosego. Chłopak poderwał się na proste nogi i podszedł do niej. Wprowadziła go bez słowa do środka i wskazała na środek komnaty. Na przesuwanym blacie leżał pokiereszowany zmienny wilk, następca księcia Islaniru. Sethal ze zduszonym gardłem podszedł do niego i chwycił uchwyt stołu. Zaczął go ciągnąć. Mebel opornie sunął za nim, lecz nikt z obecnych nie kwapił się, by mu pomóc.

Gdy tylko wyszedł z pomieszczenia, wrota zatrzasnęły się. Jego ciałem wstrząsnął cichy szloch. Przybliżył swoje usta do pokrwawionej twarzy partnera i pocałował go delikatnie w czoło. Kiedy oderwał się od nieprzytomnego mężczyzny, dostrzegł swoją siostrę stojącą niedaleko. Ruszyła wolnym krokiem w ich stronę. Zanim doszła, chłopak zdążył wyszeptać do ucha Nefalanga:

-Już niedługo się stąd wyrwiemy, przyrzekam ci!

***

Cerset

Moha nie mogą uwierzyć, że cesarz jest aż tak głupi. Po tym jak przyjechali do stolicy, okazało się, że władca nie jest do końca przekonany co do całego zajścia. Podczas rozmowy ojca z Kopanyangiem nie pozwolono jej wejść na salę ,ale jej brat dobrodusznie opowiedział o przebiegu spotkania.

Dziewczyna była po prostu smutna. Osoba, którą podziwiała przez długi czas, okazała się zwykłym ślepcem. Jednakże zawsze pozostaje mieć nadzieję, na obrót sytuacji. Z tą myślą młoda zmienna postanowiła sama udać się z prośbą do cesarza. Cały Norbort przecież wie, że jej ciemnym oczom nikt się nie oprze.

Tak więc szła właśnie w środku nocy w stronę apartamentu cesarskiej rodziny. Wierzyła, że nikt jej nie złapie. Z tego co wiedziała, to nieuprawnione osoby nie powinny tam przebywać.

***

W tym samym momencie cesarz zastanawiał się, czy postąpił słusznie. Może jednak następca norbordzkiego tronu został uprowadzony przez ród który przecież niegdyś sprawował tyle kłopotów. Jeśli byłoby to prawdą, to całe cesarstwo ucierpiałoby.

 Na całym Lehong była tylko jedna rzecz, której pantery mogły pragnąć tak bardzo, że posunęłyby się do porwania kogoś. Kamień TsaKaMatla. Mały przedmiot, który właścicielowi pozwalał patrzeć w przyszłość i zmieniać teraźniejszość. Legenda głosiła, że istniały dwa takie kryształy. Zostały ponoć stworzone przez bogów i dane pierwszym władcą planety, by mogli panować sprawiedliwie i unikać wojen. Jednakże, z tego co wiedział Kopanyang, do dzisiejszych czasów ostał się tylko jeden.

Wracając jednak do tego, co się stało z tym niegdyś należącym  do panter, Thusang sam zaproponował, by rozpuścić plotkę, jakoby to w jego zamku znajdował się cenny artefakt. Nie było to jednak prawdą. Skała, niezauważona przez nikogo, włożona została jako ozdoba jednej z bram Cerset. Tak było najbezpieczniej, niewiele osób zatrzymuje się, by popatrzyć na zdobienia w takich miejscach. Jednakże zagrożenie pozostawało i teraz właśnie się ujawniło.

Cesarz westchnął, nie powinien ignorować zagrożenia, ale akurat dzisiejszego poranka jego młodszy syn poruszył temat swojej samodzielności. Nie był nadopiekuńczym ojcem, jednakże sam nie miał zbyt ciekawego dzieciństwa i chciał tego  oszczędzić swoim potomkom. Rozmowa wyprowadziła go z równowagi i nie myślał później rozsądnie.

***

Moha rozglądnęła się wokoło, gdy nikogo nie zobaczyła, przemknęła na palach na drugą stronę korytarza. Znajdywały się tam masywne  drzwi okute metalami szlachetnymi. Po chwili wahania zapukała w niw energicznie. Nie minęło dużo czasu nim otworzyły się szeroko. Stanął w nich postawny mężczyzna, którego twarz okalała brązowa, zadbana broda. Ubrany był w luźną, białą koszulę oraz skórzane spodnie.

Młoda wilczyca patrzyła w przez chwilę w twarz cesarza Kopanyanga. Zdziwiona nie mogła wydusić ani jednego słowa. Spodziewała się kogoś bardziej… starego i dostojnego. Podczas słuchania historii wydawało jej się, że wszystko miało miejsce bardzo dawno temu.

Z transu obudziła się dopiero, kiedy władca odchrząknął i spojrzał na nią pytająco.

- Mój panie…- wyszeptała i upadła na kolana w pokłonie.

Cesarz zaśmiał się cicho, po czym chwycił ją za rękę i pomógł wstać. Zdziwiona dziewczyna spojrzała niepewnie w jego oczy.

- Moje dziecko, jak mogę ci pomóc?- przemówił spokojnym, męskim głosem.

Moha nie spodziewała się takiego zachowania ze strony mężczyzny. Z opowiadań ojca wynikało, że jest on raczej osobą surową i rygorystyczną.

- Wasza wysokość, przepraszam za to najście, ale…- zawahała się, nie była już taka pewna swojej decyzji- chodzi o mojego brata, Nefalanga. Wiem, że mój ojciec już się z tym do ciebie panie udał, lecz pomyślałam, żeby sama tu przyjść.

Wilczyca spuściła wzrok zażenowana. Już wiedziała, że źle postąpiła. Powinna zostać w swoje tymczasowej komnacie i czekać w spokoju.

- Jesteś Moha, prawda?- dziewczyna skinęła głową na potwierdzenie- byłem głupcem ignorując ostrzeżenie Thusanga i wyraźne znaki. Po przemyśleniu sprawy postanowiłem, że jednak wyślę kilku zwiadowców, by rozeznali się z całą sytuacją.

Dziewczę stało przez chwilę, nie rozumiejąc słów cesarza. Gdy szok minął, bez zastanowienia rzuciła się na szyje mężczyzny płacząc ze szczęścia.

Kopanyang nie wiedział na początku, co zrobić. Po chwili wahania poklepał delikatnie młodą księżniczkę po plecach, na co ona odsunęła się zażenowana.

- Dziękuję- wyszeptała i po zrobieniu przepisowego ukłonu, odbiegła z uśmiechem na twarzy.

Cesarz stał w tym samym miejscu  jeszcze chwile. Zawrócił się do swoich komnat dopiero, gdy usłyszał z nich pytanie swojej małżonki, co robi na zimnym korytarzu.

Gdy leżał już w łożu, pomyślał że dobrze zrobił. Warto było podjąć taką decyzję chociaż po to, by zobaczyć uśmiech na twarzy tej młodej wilczycy.

 

niedziela, 27 września 2015

Rozdział 3


Jeśli ktokolwiek to czyta, to przepraszam. Byłam święcie przekonana, że dodałam wczoraj rozdział. Mam nadzieję, że się spodoba. Uprzejmie prosiłabym o jakiś komentarz, to naprawdę pomaga człowiekowi pisać.
***

Podróż księcia Thusanga i jego świty trwał już prawie tydzień. Następnego dnia mieli przybyć do stolicy, gdzie mieszkała rodzina cesarska zupełnie nieświadoma czynu, którego dopuścił się jeden z rodów książęcych.

Moha, jak przystało na przyszłą generał, nie jechała na koniu koło ojca, lecz  wśród eskorty złożonej z wojowników. Pomimo, że była jedyną dziewczyną w towarzystwie, nie czuła się z tym źle. Od zawsze wolała spędzać czas z płcią przeciwną. Powodem tego mogło być posiadanie trzech starszych braci i brak dziewczynek na dworze ojca. Wracając jednak do tematu. Moha prowadziła głośną konwersację razem z kilkoma żołnierzami. Spierali się właśnie, czy kobiety nadają się do wojska, czy nie. Zaczęło to się zupełnie niewinnie, gdy jeden z jej kompanów rzucił  uwagę  na temat delikatności płci pięknej. Nie przemyślał chyba, że dziewczyna od razu mu odpyskuje.

- Jeśli uważasz kobiety są za delikatne i nie nadające się do armii, to nie widziałeś chyba mojego starszego brata, Faina. Temu to wystarczy nadepnąć na stopę i już jęczy jakby miał rodzić- dziewczyna prychnęła oburzona.

-Może jest po prostu wyjątkiem, nie pomyślałaś o tym?- spytał mężczyzna, próbując obronić swojej racji.

-Czcze gadanie! Jakbym poszukała, to na pewno znalazłabym innych, którzy jak to pięknie ująłeś są zbyt delikatni na wojsko- odpyskowała Moha.

-A co powiesz na to, że płeć żeńska nie ma wystarczającej siły, by utrzymać broń!- żołnierz był już pewny o wygranej w tej potyczce słownej.

-Jeśli jesteś tego pewny, to nie powinien ci przeszkodzić mały pojedynek na miecze- kilka osób zaśmiało się. Nie od dziś wiadomo, że jedyna córka Thusanga perfekcyjnie włada wieloma broniami, co było jednym z powodów decyzji o jej szkoleniu.

Ta wymiana słowna trwała do kolejnego przystanku. Wtedy też młoda wilczyca, chcąc udowodnić swoją rację, wyciągnęła swoją katanę i stanęła naprzeciw młodego mężczyzny. Ten, po chwili zdziwienia, obnażył ostrze przepisowej, wojskowej szpady i ustawił się w rozkroku. Zaczęli wokół siebie krążyć i po chwili żołnierz, znudzony czekaniem, skoczył w stronę dziewczynki. Gdy jego broń miała już dotknąć Mohy, ona zgrabnie odskoczyła, przecięła bronią powietrze i uderzyła go tępą stroną w górną część pleców. Jej przeciwnik zachwiał się, co ona wykorzystała i  szybko podcięła mu nogi. Mężczyzna, w akcie desperacji chwycił ją za rękę i pociągnął w dół. Kiedy dziewczyna miała właśnie uderzyć go łokciem w brzuch, gdzieś w oddali rozległ się dźwięk rogu myśliwskiego. Wszyscy, którzy dotąd z przejęciem oglądali pojedynek, poderwali się na równe nogi. Tak też zrobił żołnierz, przeciw któremu walczyła Moha. Wstał prędko i podał dziewczynce rękę. Ta, z lekkim zdziwieniem, przyjęła pomoc i podniosła się z ziemi.

 Zaczęła się rozglądać dookoła za swoim ojcem. Po kilku sekundach poszukiwań znalazła go siedzącego na pniu zwalonego drzewa. Po  raz pierwszy od bardzo dawna na jego twarz wpłynął lekki uśmiech. Wyglądał jakby na coś czekał. Chwilę później naokoło tej dwójki ustawili się żołnierze w przepisowych szeregach. Zdziwiona Moha spojrzała na ojca. O co mogło chodzić i dlaczego jej ojciec się uśmiecha? Czekali tak przez jakiś czas w ciszy, gdy nagle z lasu wyłoniła się potężna sylwetka. Kiedy postać się zbliżyła, wszyscy ujrzeli ogromną lwicę. Kocica podeszła do Thusanga i nie minęło dużo czasu, a stała przed nim wysoka,  blondwłosa zmienna w uniformie cesarskiego posłańca. Bez słowa wyciągnęła zza paska zwinięty rulon, który podała księciu. Ten bez wahania przyjął go i zaczął czytać. Jego uśmiech stawał się wtedy coraz  szerszy. Gdy skończył studiować treść, przywołał do siebie skinieniem córkę i przekazał jej papier. Dziewczyna od razu złapała kartkę i pogrążyła się w lekturze. Natychmiast poznała nadawcę. Nie było to wyczynem. W całym cesarstwie była tylko jedna osoba, która mogła napisać te słowa:

Drogi ojcze!

Gdy tylko dotarły do mnie wieści o porwaniu mego starszego brata, niezwłocznie udałem się z tym do mego zaufanego przyjaciela i zarazem najstarszego, cesarskiego syna, Orata. Razem przekazaliśmy tę informację cesarzowi. To on pozwolił mi skorzystać z najszybszego gońca w całym Lehong. Mam nadzieję, że w tym momencie jesteś już w drodze do stolicy. Gdy tylko dotrzesz na miejsce, udaj się bez zwłoki do Sali Tronowej. Ktoś powinien tam na Ciebie czekać. Mam nadzieję na jak najszybsze spotkanie.

Twój drugi syn,

Casto

Moha przez chwilę zastanawiała się co powiedzieć, po czym z poważnym wyrazem twarzy zwróciła się do ojca:

-Kiedy dotrzemy do Cerset?

- Jeśli wyruszymy natychmiast, to powinniśmy zdążyć przed jutrzejszym południem- książę odpowiedział zadowolony z dorosłej postawy córki.

Wystarczyło mu wymowne spojrzenie dziewczyny, by zacząć wydawać rozkazy. Gdy wszystko było już przygotowane do wyruszenia i książę patrzył na swoją córkę, przez myśl przeszło mu pewne zdanie „Pomimo, że jest kobietą i to stosunkowo delikatną, będzie miała posłuch w wojsku. Ma w sobie siłę i miłosierdzie”

***

 

Esfolg

Sethal dopiero się obudził. Wiele razy słyszał, że odpowiedź na pytanie pojawia się wtedy, gdy się o niej nie myśli. Okazało się, że jest to prawdą. Podczas snu przyszła mu na myśl droga ucieczki. Miał pewne podejrzenie, że maczała w tym palce któraś z wyroczni, ale nie był co do tego pewny. Musiał jeszcze dopracować plan z siostrą, ale był bliżej rozwiązania sprawy niż kiedykolwiek. Aktualnie pędził na złamanie karku do celi, w której przetrzymywany był Nefalang. Zbiegł prędko po schodach prowadzących do lochów omal się przy tym nie przewracając. Niestety, musiał w pewnym momencie zwolnić, by nikt się nie domyślił, że jakieś bliższe uczucia wiążą go z którymś z więźniów. Już powolnym krokiem podszedł do strażnika i pod pretekstem obejrzenia ran, poprosił o wpuszczenia do pomieszczenia.

-Nie ma go tam- warknął ponury mężczyzna, od którego czuć było alkohol.

-Gdzie w takim razie jest?- Seth skrzywił się od zapach wydobywającego się z ust rozmówcy- jak już wspomniałem, mam za zadanie obejrzeć jego rany.

Wartownik popatrzyła na niego z powątpiewaniem, po czym niechętnie odpowiedział:

-Zabrali go na przesłuchanie- uśmiechnął się obrzydliwie- znając naszego księcia, to będziesz miał potem dużo do roboty.

Sethal otworzył szeroko oczy. O nie, jeśli teraz nie stanie się jakiś cud, to jego partner może umrzeć. Próbując pohamować uczucia, odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem ruszył w drogę powrotną. Gdy tylko zniknął z pola widzenia mężczyzny, puścił się pędem w stronę sali tortur, inaczej nie dało się nazwać tego miejsca.

Był zaledwie kilka korytarzy od komnaty, gdy usłyszał żałosne krzyki Nefalanga. Złość się w nim zagotowała. Nagle poczuł, że ktoś chwyta go za rękę i ciągnie w jedno z bocznych przejść. Zaczął się wyrywać, dopóki nie spojrzał na osobę, która go trzyma. Była to Karima. Kobieta pokręciła głową. Nie musiała nic mówić. Ona uważała, że nie powinien się narażać, bo tak nie pomoże partnerowi. Po raz kolejny w tym tygodniu, z oczu chłopaka zaczęły ciec łzy. Siostra przyciągnęła go do siebie i zaczęła delikatnie gładzić po plecach.

-Pomożemy mu. W końcu jesteś mistrzem w przyrządzaniu leczniczych mikstur.

Na te słowa chłopak jedynie westchnął. W końcu co innego mógł teraz zrobić?

 

sobota, 19 września 2015

Rozdział 2


Przepraszam bardzo za opóźnienie. Niestety wczoraj nie miałam szansy dodać rozdziału. Mam nadzieję, że jeśli ktoś to czyta, to nie jest zły. Wydaje mi się, że soboty będą optymalnym terminem do dodawania rozdziałów.
NINJA
***


Tydzień  później sytuacja była wciąż taka sama. Sethal szukał jakiegokolwiek sposobu, by uratować ukochanego, do którego zbliżył się w minionym czasie. Właśnie kierował się w stronę biblioteki, gdy zobaczył wybiegającą z komnaty władcy kasztanowłosą kobietę. Zamarł na środku korytarza, kiedy zdał sobie sprawę kogo właśnie zobaczył. Niewiasta odwróciła się w jego stronę i otworzyła szeroko oczy. Rzuciła się w jego stronę biegiem, po czym wpadli sobie w ramiona.

-Karima!- wyszeptał rudowłosy- powiedzieli mi, że wszyscy nie żyją!

Oczy chłopaka wypełniły się od dawna skrywanymi łzami. Przyciskał do siebie niższą postać i wyglądało, jakby nie miał zamiaru jej wypuścić

-Mój kochany młodszy braciszek. Tak za tobą tęskniłam. Miałam tylko nadzieję, że nic ci nie zrobili.

Stali tak na środku przejścia, nie przejmując się, że ktoś może ich zobaczyć.  Przytuleni do siebie zapomnieli o całym otaczającym ich świecie. Ważna była ta chwila i ponowne odnalezienie siebie nawzajem.

-Siostro, jak to możliwe, że tutaj jesteś? Co robiłaś w komnatach tego tyrana? Dlaczego wcześniej cię nie widziałem? Jak…- pytania wysypywał się z ust chłopaka w zastraszającym tempie.

-Hej, młody przystopuj na chwilę- wypowiedziała ze śmiechem kobieta- nie nadążam za tymi pytaniami.

Sethal zaczerwienił się na jej słowa. Po chwili ciszy, która zapanowała, chwycił siostrę za rękę i pociągnął ją  w stronę biblioteki. Usiedli koło siebie wygodnie i pośród szelestu książek zaczęli cicho rozmawiać na temat utraconych lat. Okazało się, że Karima ukrywała się przez długi czas w podziemnych tunelach lasów Torser. Niestety, gdy musiała pewnego razu wyjść, została złapana. Od tamtego momentu minął zaledwie tydzień, ale władca Esfolgu upodobał ją sobie jako konkubinę i biedna dziewczyna musi być mu  posłuszna. Gdy jej opowieść została skończona, Set przyciągnął starszą siostrę do siebie i po raz kolejny mocno ją przytulił. Nagle jednak rudowłosy oprzytomniał i zerwał się na równe nogi. Karima spojrzała na niego ze zdziwieniem.

-Bracie, co się stało?-zachowanie młodszego zszokowało dziewczynę. Wyglądał jakby oszalał.

-Na starych bogów, jak mogłem zapomnieć…- chłopak zaczął mruczeć pod nosem- jestem chyba najgłupszą osobą na całym Lehong.

W pośpiechu zebrał swoje rzeczy, które zostały rozrzucone dookoła, po czym chwycił dłoń siostry i pociągnął ją w stronę regału z opisami Saneru i nakazał szukać jak najdokładniejszego opisu tutejszych terenów. Towarzyszka nie protestowała widząc jego przejęte spojrzenie. Sam natomiast udał się w inną część biblioteki, żeby poszukać czegoś przydatnego w wymknięciu się z budynku. Po jakimś czasie Karima znalazła wielkie tomiszcze, w którym opisano wszystkie szlaki handlowe i drogi, które kiedykolwiek powstały na terenach księstwa. Zabrała je z trudem i pomaszerowała w stronę, gdzie powinien być jej brat. Ujrzała go siedzącego na ziemi w otoczeniu różnych starych papierzysk. Po przyglądnięciu się z bliska zdała  sobie sprawę, że są to plany pałacu. Otworzyła szeroko czy                          i spojrzała na chłopaka. Czy on naprawdę szuka drogi ucieczki? Przecież i tak niemiałby się gdzie udać. Ich dom został zniszczony już jakiś czas temu.

-Sethal, powiedz mi w końcu co się dzieje- głos kobiety zadrżał- dlaczego akurat teraz próbujesz uciec. Czemu nie wcześniej?

Chłopak podniósł wreszcie wzrok. Jego oczy były lekko zaczerwienione. Po chwili milczenia odezwał się.

-Znalazłem partnera- wyznał cicho, a na jego twarzy wykwitł lekki uśmiech. Po chwili dodał jednak- niestety, jest jednym z więźniów. Gdyby był normalnym więźniem nie byłoby tak źle. To syn księcia Islaniru. Od kilku dni szukam sposobu, by go stąd wyciągnąć, ale nie mogę  znaleźć żadnej drogi ucieczki.

Po policzkach chłopaka zaczęły ciec łzy. Stojącej obok dziewczynie zajęło moment przetrawienie wszystkich uzyskanych informacji. Dopiero teraz całkowicie zrozumiała powagę sytuacji. Uklęknęła powoli obok brata i zaczęła go cicho pocieszać. Uspokojenie się zajęło mu kilka minut. W związku z radą siostry poszedł do swojego pokoju odpocząć. Kiedy jest zmęczony i roztrzęsiony, przecież nie uda mu się myśleć rozsądnie.

Gdy Sethal już się położył, Karima postanowiła zacząć poszukiwania na własną rękę. Rozumiała, że brat może nie myśleć racjonalnie ze względu na to, że to jego partner jest uwięziony, ale te wszystkie papierzyska posiadają wiedzę starą, która przydać się może tylko w jakimś stopniu. Ważniejsze, jej zdaniem, było sprawić, że pomoc otrzymają od kogoś z pałacu. Gdyby był to jakiś wysoko postawiony żołnierz, który ulegnie kobiecemu wdziękowi i dzięki temu ułatwi im ucieczkę… Niestety, szanse na to były bardzo małe i łatwiej będzie uwieść kogoś, kto jest niepozorny, ale ma kontakty na zamku. Żeby wytypować taką osobę trzeba mieć bardzo dobrze rozwinięty zmysł wzroku, ale dla  zmiennej tygrysicy nie powinno być to problemem. Jednakże najpierw postanowiła udać się do więzienia, by poznać ukochanego swojego brata. Szybkim krokiem zeszła po schodach i dotarła do stróżówki. Przystanęła na chwilę, by uspokoić oddech, po czym wolnym krokiem skierowała się w stronę postawnego strażnika. Uśmiechnęła się zalotnie i przymilnym głosem zaczęła przekonywać mężczyznę do wpuszczenia jej do celi Nefalanga. Nie trwało długo, nim zmienny uległ i ruszył z mosiężnym kluczem do jednej z cel. Chwilę majstrował przy zamku i izba stanęła otworem. Zaprosił kobietę ruchem ręki, na co ona znowu posłała mu przepiękny uśmiech. Wolnym krokiem weszła do środka i wzdrygnęła się lekko, gdy kraty za nią zatrzasnęły się. Wreszcie przeniosła wzrok na wąskie posłanie w rogu pomieszczenia. Ujrzała na nim leżącego, czarnowłosego młodzieńca. Odchrząknęła głośno, na co chłopak otworzył szeroko oczy i poderwał się ze swojego miejsca. Po chwili ciszy, która zapadła między nimi, kobieta odezwała się.

-Mam na imię Karima i mój brat, Sethal, o wszystkim mi opowiedział. Mam zamiar wam pomóc, ponieważ sama wiem, co to znaczy nie być z swoim partnerem. Wiem jaki to jest ból.

Gdy skończyła mówić, podeszła do chłopaka i przytuliła go do siebie. Potem wszystko poszło już płynnie. Spędzili jakiś czas na rozmowie i poznawaniu siebie nawzajem. Kiedy Karima wyszła, Nefalang poczuł, że jest nadzieja i nie są sami. Są w tym pałacu ludzie, którzy im pomogą.

***

Norbort

Moha wrzuciła ostatnie rzeczy do torby i szybkim krokiem udała się na dziedziniec zamku. Pomimo zakazu ojca, by nie  jechała  do stolicy cesarstwa razem z nim, zamierzała się i tak udać. Nie mogła zmarnować okazji, by pomóc uratować swojego starszego brata. Z uwagą rozglądnęła się wokoło. Gdy nie zauważyła żadnego strażnika, który mógłby pilnować wozu z rzeczami, wkradła się bezgłośnie do niego i przedarła się do najbardziej zacienionego miejsca, gdzie nikt jej nie zauważy. nie przejmowała się, że ktoś zauważy jej nieobecność. Wiele razy zdarzało się jej znikać na kilka dni, a teraz miała dodatkowy powód, zakaz ojca. Dziewczyna ułożyła się wygodnie i czekała. Niedługo po raz pierwszy wyjedzie poza granice Islaniru. Po niecałej godzinie pochód do serca cesarstwa ruszył. Teraz wystarczyło przeczekać dwa, może trzy dni i będzie mogła się pokazać. Zamknęła oczy i zapadła w sen.

Kilka godzin później otworzyła z powrotem oczy i poczuła głód. Zaczęła grzebać w swojej płóciennej torbie w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Dopiero po chwili uzmysłowiła sobie swój błąd, zapomniała zabrać jedzenia. Ze zdenerwowania przeklęła siarczyście. W takim wypadku będzie musiała poczekać do nocy, gdy większość już uśnie i będzie mogła bezpiecznie przekraść się po jakiś posiłek. Opadła bezsilnie na torbę leżącą za nią i odetchnęła głęboko, by się uspokoić. Jak mogła być tak głupia, by zapomnieć o podstawowej rzeczy, którą jest pożywienie. No nic, teraz temu nie zaradzi. Przynajmniej będzie miała nauczkę na przyszłość. Z takimi myślami krążącymi po głowie, ponownie udała się do krainy Morfeusza. Obudziła się dopiero w środku nocy. Nie słyszała na zewnątrz żadnych dźwięków, więc powoli, starając się nie hałasować, wyszła z wozu na bagaże. Rozglądnęła się dookoła i wciągnęła powietrze nosem. W okolicy kilku metrów nie wyczuła niczego podejrzanego. Przekradła się w stronę przenośnej kuchni i z jednej skrzyni wyciągnęła kawałek chleba, a z drugiej manierkę wody, która miała jej starczyć na cały, kolejny dzień. Miała tylko nadzieję, że nikt nie zorientuje się, że podróżuje z nimi nadprogramowy gość. Gdy zabrała potrzebne rzeczy, czmychnęła cichcem do swojego  schronienia. Gdy znów się wygodnie usadowiła i zjadła posiłek, zaczęła myśleć. Gdzie teraz może być jej brat, co się z nim dzieje, czy cierpi? Nie mogła pojąć, jak to się stało, że nikt nie zauważył wcześniej jego zniknięcia. Przecież zawsze był duszą towarzystwa, w przeciwieństwie do niej.

Następnego dnia, gdy słońce było w najwyższym punkcie, Moha wreszcie odważyła się ujawnić swoją obecność. Stwierdziła, że po półtorej dniu drogi, nikt nie  będzie chciał się zawracać do jej rodzinnego zamku. Przy najbliższym postoju, więc wstała i wygramoliła się ze swojej kryjówki. Gdy wyszła z wozu, na moment słońce ją oślepiło. Musiała na chwilę zamknąć oczy i dopiero po chwili z powrotem je otworzyła. W czasie, który spędziła na przyzwyczajenie się do światła, otoczyła ją grupa strażników. Dziewczyna jedynie westchnęła i z ociąganiem udała się razem ze swoją eskortą w stron, gdzie znajdował się jej ojciec. Kiedy wreszcie znalazła się przed obliczem księcia Thusanga, spuściła wzrok zawstydzona. Przymknęła lekko oczy w oczekiwaniu na naganę ze strony rodzica. Gdy reprymenda jednak nie nadchodziła, odważyła się podnieść wzrok. Zamiast rozgniewanej twarzy rodziciela zobaczyła jego litościwy wzrok. Patrzyła na niego ze zdziwieniem, na co on odezwał się wreszcie.

-Córeczko, naprawdę myślałaś, że nikt nie zorientuje się, że mamy dodatkowego pasażera?- książę westchnął z pobłażaniem.

-Ja…- Moha zawahała się, co ma powiedzieć-  miałam chyba cichą nadzieję, że jednak nikt się nie zorientuje i zrobię wam malutką niespodziankę, gdy wyjdę z  ukrycia.

Usta czarnowłosej panienki ułożyły się w szczery, skromny uśmiech. Kilku strażników, którzy już nieraz mieli przyjemność użerać się z młodziutką księżniczką, zaśmiało się po cichu. Wiadomo było, że książę od razu ulegnie jej wielki, ciemnym oczom  i pięknemu uśmiechowi. Na świecie było pewnie bardzo mało osób, które nie złamałyby się na widok tej niewinnej twarzyczki. Bogowie musieli być wielkimi żartownisiami, by takiemu diablikowi dać  anielskie oblicze. Nie musiało więc minąć wiele czasu, żeby większość osób zapomniała o dodatkowej uczestniczce wyprawy. Po jakimś czasie odpoczynku, pochód ruszył w dalszą drogę. Nie wolno było zwlekać. W końcu gdzieś daleko cierpiał najstarszy syn księcia, którego jedynym wsparciem był Sethal i Karima. Jednakże skąd mieli o tym wiedzieć? Mogli jedynie dotrzeć do stolicy, gdzie cesarz coś zaradzi.

piątek, 11 września 2015

Rozdział 1



Norbort, 369 rok panowania cesarza Kopanyanga


Kamiennym korytarzem warowni, należącej od zarania dziejów do rodu Sebete, najsilniejszych zmiennych w całym Islanir, biegła młoda dziewczynka. Chociaż powinno się powiedzieć, że była to młodziutka wilczyca, najmłodsza potomkini obecnego władcy północnego księstwa oraz jego jedyna córka. Trudno było ją pominąć, ze względu na jej czarne włosy i tego samego koloru oczy, które tak bardzo różniły się od większości rodziny. Pomimo swoich jedenastu lat i niewielkiej budowy ciała, co myliło większość ludzi, była silną i szybką osóbką. Moha pędziła do komnat swojego najstarszego brata, Nefalanga. Musiała się z nim prędko podzielić decyzją ojca, co do jej szkolenia na generała, nie przeszkadzało jej nawet to, że brat, jako następca tronu, jako jeden z pierwszych dowiedział się o wszystkim. Bez  pukania wpadła do jego sypialni, gdzie powinien się znajdować. Ze zdziwieniem przyjęła, że nikogo nie ma w środku. Zaczęła z zaciekawieniem rozglądać się po pomieszczeniu. Po chwili Moha zwróciła swój wzrok na łóżko, gdzie ujrzała czarną jak węgiel kopertę z jakimiś szkarłatnymi plamami. Od razu odezwała się jej zwierzęca natura, wciągnęła nosem powietrze i wyczuła delikatną woń sezamu, zmieszanego z kardamonem. Sezam był oczywisty, zapach należący do wilków, ale kardamon pozostawał niewiadomą. Zabrała ostrożnie kopertę i obróciwszy się na pięcie, pognała na powrót do sali tronowej, gdzie powinien się znajdować książę Thusang, jej ojciec. Nie zwracała uwagi na to, że potrąca osoby idące korytarzem, jej celem było przekazanie widomości i to było w tym momencie najważniejsze. Tuż przed komnatą wyhamowała i uspokoiła trochę oddech. Strażnicy pilnujący wrót spojrzeli na nią pytająco, ale ona pokręciła tylko głową. Nie zamierzała się teraz zagłębiać w tłumaczenie całej sytuacji. Odetchnęła ostatni raz i weszła do pomieszczenia. Szybkim krokiem pokonała kilkunastometrowy, czerwony dywan i tuż przed stopniami, prowadzącymi do tronu, przyklęknęła na jedno kolano, tak jak nakazywała etykieta.
-Ojcze-zwróciła się swoim wysokim głosikiem do władcy-coś się stało z Nefalangiem, nie ma go w jego komnatach, a na poduszce jego łoża leżało to.
Wyciągnęła swoją malutką rączkę, zaciśnięta na kawałku papieru. Jeden z doradców księcia podszedł do niej i bez słowa odebrał kopertę, po czym wspiął się na schodki i podał ja swojemu panu. Ten tylko skinął głową, na znak podziękowania i otworzył zawiniątko. Wszystko rozgrywało się w grobowej ciszy, która obcą osobę mogła przyprawić o gęsią skórkę, lecz wszyscy zebrani w sali, przywykli już do takiego zachowania. W pewnym momencie książę Thusang wciągnął gwałtownie powietrze. Coś naprawdę poważnego musiało się stać, że władca zareagował tak poważnie, zważywszy na to, że normalnie nie okazuje prawie żadnych emocji.
-Panie, co się stało?-spytała książęca konsultantka. Kobieta rzadko się odzywała, ale  gdy mówiła, wszyscy jej słuchali.
-Te przebiegłe bestie zaatakowały i wyzwały nas, a ja mam zamiar je pogrążyć tak, że przez kilkadziesiąt tysiącleci nie wyściubią nosa spoza swoich zameczków- można było, aż namacalnie wyczuć furię w  jego głosie-Pantery pożałują, że w ogóle się urodziły!
Łatwo było się domyśleć, co się stało. Następca tronu Sebete, Nefalang, został porwany. Pomimo wściekłości księcia, jego córka była jedyną osoba, która umiała mu się przeciwstawić. Niepozorne dziecko, które kochało swojego najstarszego brata, jak nikogo na świecie.
-Ojcze! Cesarz Kopanyang nie po to jednoczył wszystkie rasy, byś  ty,  razem z tymi stworzeniami, wszystko zniszczył! Trzeba przemyśleć to na spokojnie, bez zbędnych emocji, które utrudniają podejmowanie dobrych decyzji!- Moha, najmłodsza osoba w towarzystwie, mówiła z sensem. Słowa nie pasowały do jej wilczej natury, ale czego można się spodziewać po dziewczynce, która większość swojego życia spędziła na rozmyślaniu i obserwowaniu starszych?
***

Esfolg, w tym samym czasie

Przed obliczę księcia Bohata Bahale, zmiennej pantery, wprowadzono pewnego młodzieńca. Pomimo, że inni popychali go i szydzili z niego, w sposób nie przystający osobom na dworze książęcym, szedł z wysoko podniesioną głową. Czarne włosy przystrzyżone na długość zaledwie kilku centymetrów, ciemne oczy błyszczące odwagą, lekko zadarty nos oraz dumna sylwetka, taki obraz przedstawiał Nefalang. Nikt, kto by na niego spojrzał, nie podejrzewałby, że właśnie dostał się do niewoli. Jednak jak to zazwyczaj bywa, pod maską bez uczuć krył się strach. Miał świadomość, że jego siła i wyszkolenie na nic się zdadzą, jeśli nie otrzyma niczyjej pomocy.
Ktoś ze zgromadzonych popchnął Nefalanga, przez co chłopak upadł na kolana przed tronem Bohata. Pomimo niepokoju, spojrzał władcy w oczy. Widać w nich było pogardę.
- Zastanawiasz się pewnie, dlaczego tu jesteś- gdy tylko właściciel Esfolgu przemówił, wszystkie inne rozmowy umilkły- gdy cesarz zjednoczył wszystkie nacje na naszym kontynencie, postanowiono, by rozdzielić nowo powstałe cesarstwo na cztery księstwa, podległe stolicy. Twój ojciec oczywiście poparła Kopanyanga. Nasz ukochany władca, w podzięce dał Thusangowi ziemie, które niegdyś należały do mojej rodziny! Kiedy tylko rozdzielono krainy pośród naszą czwórkę, twój ojciec dostał artefakt, który niegdyś przekazywano w mej rodzinie z ojca na syna. Jak pewnie podzielono się z tobą, jest to TsaKaMatla. Wreszcie nadarzyła się okazja, by go odzyskać, a ty nam w tym pomożesz!
-Facet, jesteś szurnięty. Nie mam pojęcia czym jest ten cały TsaKaMatla i ojciec nie podzielił się ze mną wiedzą, gdzie schował wasze  cacuszko. Tak  więc przepraszam, ale nie mogę wam pomóc!- niestety Nefalang zbyt późno zorientował się, że popełnił kilka podstawowych błędów.
Większość osób zdaje sobie sprawę, że podnoszenie głosu na osobę, która ma władzę cię uśmiercić, jest raczej złym pomysłem, tak było i tym razem. Zdenerwowany Bohat podniósł się ze swojego tronu i ręką, która zaczęła się już zmieniać, uderzył młodego księcia prosto w twarz. Tylko jeden raz wystarczył, by rozorać cały policzek, z którego zaczęła obficie lecieć krew. Obrzydzony mężczyzna wytarł dłoń w podaną przez jednego ze sług chustkę.
-Zabrać go do celi i niech ktoś się nim potem zajmie, by nam się tu nie wykrwawił. Najlepiej niech zrobi to Sethal. Chłopak będzie miał okazję się wykazać- na usta władcy wkradł się sadystyczny uśmiech- tylko żeby podłogi nie zakrwawił!
Jeden ze stojących najbliżej żołnierzy, pociągnął w górę Nefalang, który z powodu utraty krwi był lekko zamroczony i nie miał nawet siły się przeciwstawić.
***
Lochami zamku podążała pewna szczupła postać. Długie, płomiennorude włosy osobnika związano w schludny warkocz. Luźna szata Sethala, bo tak nazywał się chłopak, związana była jedwabnym szalem. Młodzieniec nigdy się z nim nie rozstawał, choć często miał go zarzuconego na ramiona. W ręce trzymał płócienny worek oraz dzban z letnią wodą. Był to pierwszy raz, od czasu pojmania w niewole, gdy pozwolono mu samemu coś zrobić. Co prawda, nie była to jakoś ważna robota, miał tylko opatrzyć jednego z więźniów, by ten się nie wykrwawił. Kiedy podszedł do odpowiedniej celi, skinął strażnikowi lekko głową. Wartownik bez słowa otworzył ciężkie kraty i odszedł w stronę drewnianego stołu na którym przygotowano już talię kart do gry w pokera. Chłopak odetchnął ostatni raz i wszedł do pomieszczenia. Do jego nozdrzy doszedł  metaliczny zapach krwi z wyczuwalną nutką sezamu oraz słodki, miodowy zapach, który mógł oznaczać tylko jedno. Tak więc słowa jego matki „To przychodzi w najmniej spodziewanym momencie, po prostu czujesz słodycz, a napięcie zaczyna się w tobie kumulować”, okazały się prawdą.
***
Nefalang ocknął się z niebytu. Nie otwierał oczu, był na to stanowczo zbyt zmęczony. Gorące powietrze które czuł nawet pod ziemią, nie ułatwiało w skupieniu się nad swoją sytuacją.  Jakiś czas po odzyskaniu przytomności usłyszał delikatne kroki, wydobywające się z głębi korytarza. Nagle, rozległ się pisk otwieranych krat. Mężczyzna poczuł ciekawą mieszankę zapachów, przywodzącą na myśl lata dzieciństwa i bezpieczeństwo. Najsilniejsza woń była bardzo podobna do mleka. Mogło to oznaczać tylko jedno… osoba, która weszła do celi albo była w ciąży, albo miała okres płodny. Dopiero po chwili Nef wychwycił coś jeszcze. Słodkawy zapach. Całe ciało leżącego pokryła gęsia skórka. Wreszcie pomimo zmęczenia uchylił powoli powieki. Zaledwie kilka metrów od niego stała drobna postać, zmienny tygrys, jak wywnioskował ze względu na delikatną nutkę cynamonu, która ledwie przebiła się przez resztę zapachów.
-Witaj kochany, mam na imię Nefalang i los chyba chce, byśmy byli razem- było to jedyne co przyszło mu do głowy, gdy go ujrzał i poczuł.  
Piękne, zielone oczy młodego chłopaka wpatrywały się w niego ze zdziwieniem i… strachem? Jaki potwór musiał zranić tą delikatną osóbkę, że teraz bała się uczucia, które zesłali im bogowie.
- Jesteś w ciąży?- była to jedyna rzecz, którą Nefalang chciał wiedzieć. Nie przejmował się nawet swoim głosem, tak zachrypniętym, że ledwo dało się zrozumieć co mówi.
Widać było, że słowa te wstrząsnęły Sethem. Jego pierwszą reakcją było szybkie sięgnięcie w stronę swojego szala i sprawdzenie, czy na pewno jest dobrze zawiązany. Dopiero gdy się upewnił, że wszystko z nim w porządku, zwrócił swoje spojrzenie z powrotem na starszego mężczyznę.
- Nie jestem w ciąży, to tylko okres płodny - rudowłosy wyszeptał- I... nie powinieneś nic wyczuć.
-Dlaczegóż to?
-Mój szal- zaczął Sethal- on… nie przepuszcza tego typu zapachów.
-Wiesz- odparł  Nefalang z szelmowskim uśmiechem- to może mieć coś wspólnego z naszą więzią.
Czarnowłosy spróbował się zaśmiać, lecz z powodu poobijanego ciała było to niewykonalne. Jedyną rzeczą, którą udało mu się zrobić, było skrzywienie się. Przerażony Sethal upadł koło niego na kolana i delikatnie opuścił go ponownie na ziemię.
-Nie powinieneś się ruszać. Tylko sobie bardziej zaszkodzisz- westchnął zrezygnowany.
Zmienny tygrys wyjął ze swojej torby miseczkę i nalał do niej płynu z dzbanka. Potem wyciągnął kawałek materiału oraz jakąś wonną miksturę. Wlał roztwór do naczynia i zamoczył w nim tkaninę. Delikatnymi ruchami obmywał twarz towarzysza. Gdy skończył go myć, odłożył trzymaną rzecz i opuszkami palców zaczął obrysowywać kształt ust leżącego. Dopiero po chwili zorientował się co zrobił i zaczerwienił się na całej twarzy. Kiedy spróbował cofnąć dłoń, została ona zatrzymana przez Nefalanga. Mężczyzna patrzył się w jego oczy z niespotykaną czułością. Sethal, nie myśląc, pochylił się w stronę starszego i musnął jego wargi swoimi. Pomimo, że ich usta ledwie się dotknęły, obydwaj poczuli dreszcze przepływające wzdłuż kręgosłupów.
-Nie powinniśmy tego robić- wyjąkał zażenowany Seth, gdy się od siebie oderwali- jeśli ktoś by nas zauważył… nie skończyłoby się to dobrze. Poza tym, nawet cię nie znam, a ty jesteś ranny i nawet najmniejszy ruch może ci zaszkodzić.
-Przejmujesz się tym starym dziadem, który mnie tutaj zaciągnął? Jesteś moim partnerem i nawet te głąby powinny to zrozumieć- krótka tyrada spowodowała, że głos Nefa stał się jeszcze bardzie zachrypnięty.
Sethal zaśmiał się cicho i spojrzał kpiąco na starszego.
-Naprawdę tak uważasz? Ten bydlak tylko to wykorzysta, by potem nas dogłębnie zranić- po chwili wahania dodał jeszcze- Tak jak całą moją rodzinę.
Gorzkie łzy zaczęły płynąć po jego różowych policzkach. Czarnowłosy nie miał pojęcia co zrobić. Od pocieszania był zawsze jego młodsza siostrzyczka. W końcu podniósł dłoń i delikatnie starł ślad bólu i cierpienia. Nagle obydwaj usłyszeli ciężkie kroki strażnika. Spanikowany Seth zaczął zbierać swoje rzeczy i szukać czegoś w swoim tobołku. Po chwili wyciągnął flakonik ze srebrnym płynem.
-Otwórz usta- wyszeptał, starając się ukryć zaczerwienione oczy- musisz mieć uzupełniony brak krwi, a to ci w tym pomoże.
Nefalang posłusznie spełnił prośbę i poczuł na języku gorzki, metaliczny smak. Widząc to Sethal zachichotał i spojrzał w stronę wyjścia. Gdy nikogo nie zobaczył, po raz ostatni pocałował starszego i podniósł się na nogi.
-Wrócę, kiedy będę mógł- zebrał swoje rzeczy i z uśmiechem dodał- tak w ogóle, to mam na imię Sethal, panie którego bardziej interesował mój zapach!
-Będę czekać Sethalu- wymruczał Nef i zamknął oczy, przenosząc się w świat snów i marzeń.
Rudowłosy po raz ostatni spojrzał na swojego partnera, osobę którą mu wybrali bogowie, po czym szybkim krokiem wyszedł z celi i opuścił lochy.