niedziela, 4 października 2015

Rozdział 4


Rozdział po raz kolejny w niedzielę. Coś mi się wydaje, że nie będzie jednego dnia dodawania postu. Uprzedzam, że za tydzień pojawi się czwartek- piątek, albo dopiero w poniedziałek. Proszę o pisanie komentarzy i zwracanie mi uwagi na błędy. Życzę miłego czytania
***
Sethal siedział skulony w kącie, przysłuchując się wydobywającym się zza ściany krzykom ukochanego. Już nie płakał. Nikt nie mógł zobaczyć jego słabości. Czekał, aż ktoś go wezwie, by opatrzył rany Nefalangowi. Mijały godziny, a wrzaski stawały się coraz cichsze. W pewnym momencie nie było już nic słychać, poza przytłumionymi śmiechami niektórych oprawców.

Drzwi sali otworzyły się. Stała w nich kobieta w średnim wieku. Po zapachu Seth wywnioskował, że jest ona panterą, jak większość ważnych osób w Sandburgu. Niedbałym machnięciem ręki przywołała do siebie rudowłosego. Chłopak poderwał się na proste nogi i podszedł do niej. Wprowadziła go bez słowa do środka i wskazała na środek komnaty. Na przesuwanym blacie leżał pokiereszowany zmienny wilk, następca księcia Islaniru. Sethal ze zduszonym gardłem podszedł do niego i chwycił uchwyt stołu. Zaczął go ciągnąć. Mebel opornie sunął za nim, lecz nikt z obecnych nie kwapił się, by mu pomóc.

Gdy tylko wyszedł z pomieszczenia, wrota zatrzasnęły się. Jego ciałem wstrząsnął cichy szloch. Przybliżył swoje usta do pokrwawionej twarzy partnera i pocałował go delikatnie w czoło. Kiedy oderwał się od nieprzytomnego mężczyzny, dostrzegł swoją siostrę stojącą niedaleko. Ruszyła wolnym krokiem w ich stronę. Zanim doszła, chłopak zdążył wyszeptać do ucha Nefalanga:

-Już niedługo się stąd wyrwiemy, przyrzekam ci!

***

Cerset

Moha nie mogą uwierzyć, że cesarz jest aż tak głupi. Po tym jak przyjechali do stolicy, okazało się, że władca nie jest do końca przekonany co do całego zajścia. Podczas rozmowy ojca z Kopanyangiem nie pozwolono jej wejść na salę ,ale jej brat dobrodusznie opowiedział o przebiegu spotkania.

Dziewczyna była po prostu smutna. Osoba, którą podziwiała przez długi czas, okazała się zwykłym ślepcem. Jednakże zawsze pozostaje mieć nadzieję, na obrót sytuacji. Z tą myślą młoda zmienna postanowiła sama udać się z prośbą do cesarza. Cały Norbort przecież wie, że jej ciemnym oczom nikt się nie oprze.

Tak więc szła właśnie w środku nocy w stronę apartamentu cesarskiej rodziny. Wierzyła, że nikt jej nie złapie. Z tego co wiedziała, to nieuprawnione osoby nie powinny tam przebywać.

***

W tym samym momencie cesarz zastanawiał się, czy postąpił słusznie. Może jednak następca norbordzkiego tronu został uprowadzony przez ród który przecież niegdyś sprawował tyle kłopotów. Jeśli byłoby to prawdą, to całe cesarstwo ucierpiałoby.

 Na całym Lehong była tylko jedna rzecz, której pantery mogły pragnąć tak bardzo, że posunęłyby się do porwania kogoś. Kamień TsaKaMatla. Mały przedmiot, który właścicielowi pozwalał patrzeć w przyszłość i zmieniać teraźniejszość. Legenda głosiła, że istniały dwa takie kryształy. Zostały ponoć stworzone przez bogów i dane pierwszym władcą planety, by mogli panować sprawiedliwie i unikać wojen. Jednakże, z tego co wiedział Kopanyang, do dzisiejszych czasów ostał się tylko jeden.

Wracając jednak do tego, co się stało z tym niegdyś należącym  do panter, Thusang sam zaproponował, by rozpuścić plotkę, jakoby to w jego zamku znajdował się cenny artefakt. Nie było to jednak prawdą. Skała, niezauważona przez nikogo, włożona została jako ozdoba jednej z bram Cerset. Tak było najbezpieczniej, niewiele osób zatrzymuje się, by popatrzyć na zdobienia w takich miejscach. Jednakże zagrożenie pozostawało i teraz właśnie się ujawniło.

Cesarz westchnął, nie powinien ignorować zagrożenia, ale akurat dzisiejszego poranka jego młodszy syn poruszył temat swojej samodzielności. Nie był nadopiekuńczym ojcem, jednakże sam nie miał zbyt ciekawego dzieciństwa i chciał tego  oszczędzić swoim potomkom. Rozmowa wyprowadziła go z równowagi i nie myślał później rozsądnie.

***

Moha rozglądnęła się wokoło, gdy nikogo nie zobaczyła, przemknęła na palach na drugą stronę korytarza. Znajdywały się tam masywne  drzwi okute metalami szlachetnymi. Po chwili wahania zapukała w niw energicznie. Nie minęło dużo czasu nim otworzyły się szeroko. Stanął w nich postawny mężczyzna, którego twarz okalała brązowa, zadbana broda. Ubrany był w luźną, białą koszulę oraz skórzane spodnie.

Młoda wilczyca patrzyła w przez chwilę w twarz cesarza Kopanyanga. Zdziwiona nie mogła wydusić ani jednego słowa. Spodziewała się kogoś bardziej… starego i dostojnego. Podczas słuchania historii wydawało jej się, że wszystko miało miejsce bardzo dawno temu.

Z transu obudziła się dopiero, kiedy władca odchrząknął i spojrzał na nią pytająco.

- Mój panie…- wyszeptała i upadła na kolana w pokłonie.

Cesarz zaśmiał się cicho, po czym chwycił ją za rękę i pomógł wstać. Zdziwiona dziewczyna spojrzała niepewnie w jego oczy.

- Moje dziecko, jak mogę ci pomóc?- przemówił spokojnym, męskim głosem.

Moha nie spodziewała się takiego zachowania ze strony mężczyzny. Z opowiadań ojca wynikało, że jest on raczej osobą surową i rygorystyczną.

- Wasza wysokość, przepraszam za to najście, ale…- zawahała się, nie była już taka pewna swojej decyzji- chodzi o mojego brata, Nefalanga. Wiem, że mój ojciec już się z tym do ciebie panie udał, lecz pomyślałam, żeby sama tu przyjść.

Wilczyca spuściła wzrok zażenowana. Już wiedziała, że źle postąpiła. Powinna zostać w swoje tymczasowej komnacie i czekać w spokoju.

- Jesteś Moha, prawda?- dziewczyna skinęła głową na potwierdzenie- byłem głupcem ignorując ostrzeżenie Thusanga i wyraźne znaki. Po przemyśleniu sprawy postanowiłem, że jednak wyślę kilku zwiadowców, by rozeznali się z całą sytuacją.

Dziewczę stało przez chwilę, nie rozumiejąc słów cesarza. Gdy szok minął, bez zastanowienia rzuciła się na szyje mężczyzny płacząc ze szczęścia.

Kopanyang nie wiedział na początku, co zrobić. Po chwili wahania poklepał delikatnie młodą księżniczkę po plecach, na co ona odsunęła się zażenowana.

- Dziękuję- wyszeptała i po zrobieniu przepisowego ukłonu, odbiegła z uśmiechem na twarzy.

Cesarz stał w tym samym miejscu  jeszcze chwile. Zawrócił się do swoich komnat dopiero, gdy usłyszał z nich pytanie swojej małżonki, co robi na zimnym korytarzu.

Gdy leżał już w łożu, pomyślał że dobrze zrobił. Warto było podjąć taką decyzję chociaż po to, by zobaczyć uśmiech na twarzy tej młodej wilczycy.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz