***
Rudowłosy westchnął. Miał nadzieję, że wystarczy im zapasów do czasu, aż dotrą do jakiejś osady. Może znajdą się tam jakieś życzliwe osoby, które im pomogą. Nie mógł zabrać ze sobą zbyt wiele, tylko to, co on sam mógł unieść. Nefalang nie był jeszcze zdolny do noszenia ciężkich rzeczy. Ledwie radził sobie podczas ich kilkugodzinnej wędrówki.
Nagle obok niego rozległ się szelest materiału. Odwrócił się w tamtą stronę i zobaczył, że jego partner przeciera zaspane oczy. Rudowłosy uśmiechnął się delikatnie, jego Nef wyglądał naprawdę uroczo w takich momentach. Rudowłosy podszedł do niego na czworakach i przyklęknął obok jego klatki piersiowej. Kiedy leżący mężczyzna rozbudził się trochę, wyciągnął dłoń i pogłaskał nią policzek partnera. Zmienny tygrys zarumienił się delikatnie, po czym pochylił się i lekko musnął usta drugiego. Nefalang spróbował pogłębić pocałunek, ale Sethal odsunął się gwałtownie. Twarz księcia momentalnie spochmurniała.
-Dlaczego zawsze mnie odpychasz?- wyburczał- Za każdy razem, gdy próbuję czegoś więcej, ty się odsuwasz!
Na obu twarzach widoczny był smutek. Żaden z nich przez jakiś czas się nie odzywał. Dopiero po chwili Sethal wydusił z siebie słowa:
-Nie jest to całkowicie moja wina- z jego ust wydobył się szept- Opowiem ci, co się stało, ale proszę, nie przerywaj mi! Moja rodzina pochodzi z lasów Torser. Tam także się wychowałem. Przez wiele lat żyliśmy w spokoju, jednakże nic nie trwa wiecznie- chłopak zaśmiał się gorzko- Pewnego dnia do naszej wioski przybyła grupa żołnierzy. Zostali powitani z gościną. Nikt nie spodziewał się, że to Bohat ich wysłał. Jeden z przybyłych, wydaje mi się że najstarszy, był chory. Już wtedy miałem dość duży talent do uzdrawiania, więc to mnie poproszono o pomoc. Oczywiście zgodziłem się, byłem młodziutki i pragnąłem uwagi ze strony innych. Kiedy tamten leżał w gorączce, reszta miała czas na dokładne oglądnięcie miasteczka. Po kilkunastu dniach mężczyzna wyzdrowiał. Nic już nie trzymało tych demonów w naszym domu, więc mieli wyruszyć następnego dnia. Poszedłem do niego sprawdzić, czy dobrze się czuje. Nie zrobiłbym tego z własnej woli, mężczyzna wzbudzał we mnie strach, jednakże zostałem poproszony przez starszyznę. Kiedy wszedłem do małej chatki, którą zamieszkiwali żołnierze, nikogo nie zobaczyłem. Zacząłem nawoływać od progu, lecz nikt mi nie odpowiadał. Dopiero po chwili usłyszałem przytłumiony krzyk. Nie mam pojęcia, dlaczego nie poszedłem wtedy po pomoc, ale skierowałem się do źródła hałasu. Kiedy otworzyłem jedne drzwi, zobaczyłem jednego z przybyłych, który właśnie poderżnął gardło mojej sąsiadce. Biedaczka przeżyła dopiero czterdzieści wiosen. Spróbowałem wyjść po cichu na zewnątrz, ale znikąd pojawił się kolejny z nich. Zaciągnął mnie do pokoju i rzucił na podłogę. Ze strachu nie potrafiłem się ruszyć. Nie pamiętam zbyt wiele z tego, co się działo potem. Czułem tylko ogień trawiący dolną część mojego ciała. Gdy ci dwaj skończyli się zaspokajać, po prostu zniknęli. Jakiś czas później znalazła mnie Karima. Niepokoiła się, że tak długo nie wracam. Leżałem ponoć na podłodze cały we krwi. Moja siostra znalazła w sobie siłę i zaniosła mnie do naszego domu. Razem z matką oczyściła moje ciało i położyła na posłaniu. W tym czasie ojciec zebrał kilka silnych osób i poszedł szukać mężczyzn, jednak nigdzie ich nie było. Pewnie poszli dalej, do kolejnej wioski. Przez wiele tygodni nie wychodziłem z mojego pokoju. Jedynie dzięki Karimie zacząłem rozmawiać z innymi i przestałem bać się dotyku. Przynajmniej takiego bez podtekstu. Kilka tygodni później, gdy funkcjonowałem względnie normalnie, dostrzegłem na rynku mojego dawnego pacjenta. Nie zdążyłem dobiec na pole, gdzie pracował mój ojciec, ponieważ rozpętało się piekło. Znikąd pojawiło się wojsko, które zaczęło mordować ludzi. Ogarnął mnie paniczny strach, a moje myśli pognały w stronę tamtego wieczoru. Znów nie mogłem się ruszać. Nagle przedemną wyrósł on, sam książę. Zamachnął się mieczem i uderzył mnie w głowę płaską stroną klingi. Gdy się obudziłem, byłem w jakimś jasnym pomieszczeniu. Leżałem związany na ziemi. Musieli mi coś podać, bo nie udałoby im się mnie przewieźć bez ponownego ogłuszenia. Wracając jednak do tematu, tak właśnie znalazłem się w Sandburgu. Spędziłem tam dziesięć lat, dopóki nie pojawił się pewien zadufany w sobie wilk, który okazał się moim partnerem i dał mi nadzieję na normalne życie- zakończył z delikatnym uśmiechem, próbując ukryć zaczerwienione oczy.
Nefalang siedział chwilę z otwartymi ustami, po czym delikatnie przyciągnął do siebie Sethala i przytulił go do swojej klatki piersiowej.
-Przepraszam-wyszeptał, gładząc delikatnie jego włosy- powinienem wiedzieć, że masz jakiś powód.
Siedzieli przez jakiś czas przytuleniu do siebie.
-Wiesz- zaczął niepewnie Sethal- jest o wiele łatwiej, gdy się komuś o wszystkim powie. Czuję się teraz pewniej.
Starszy uśmiechnął się na to i musnął delikatnie jego czoło.
- Pamiętaj, że możesz mi powiedzieć o wszystkim. Jestem w końcu twoim partnerem, może się na coś przydam- Sethal parsknął śmiechem na jego słowa- Nie śmiej się kochanie, to ty jesteś
bohaterem. Uwolniłeś mnie i miałeś obmyślony plan. A ja? Leżałem nieprzytomny w celi.
- Nie udałoby mi się to bez Karimy i Resterofa- westchnął ciężko- Powinniśmy już ruszać. Jeśli się pospieszymy to już za kilka dni dotrzemy do oceanu, a wtedy będzie się łatwiej podróżowało.
Wstał z kolan Nefalanga i zaczął zbierać leżące na piasku rzeczy. Zmienny wilk patrzył się na niego przez chwilę, lecz zaraz zaczął mu pomagać. Nie mieli ze sobą zbyt wielu tobołków, więc pakowanie trwało zaledwie chwilę. Gdy byli już gotowi, ruszyli w drogę. Musieli się co jakiś czas zatrzymywać, ze względu na zdrowie Nefalanga, ale parli się do przodu. Szli zaledwie kilka godzin, kiedy nagle z daleka rozległ się dudniący dźwięk. Oczy Sethala rozszerzyły się ze strachu, a jego twarz zwróciła się w stronę partnera.
- Chyba już zauważyli, że nas nie ma- wyszeptał rudowłosy.
***
Następnego Dnia Moha przyszła na umówione spotkanie. Z każdą chwilą czuła się coraz bardziej zniecierpliwiona. Miała nadzieję, że będzie mogła spędzić z Galletem cały dzień.
Usiadła na ławeczce i czekała. Mijały kolejne godziny, a chłopak nie przychodził. Zaczęła się coraz bardziej niecierpliwić. Nagle, gdy dzwony już dawno wybiły południe, zza zakrętu wybiegł jej zaczerwieniony ze zmęczenia partner. Gdy wreszcie stanął naprzeciw niej próbując złapać oddech, zdenerwowana Moha podniosła się na nogi.
- Mówiłeś bym przyszła, kiedy wybije dwunasta, a sam się spóźniasz!- warknęła przez zęby.
- Przepraszam- wydyszał- Nie miałem zamiaru przyjść o tej godzinie. Ojciec mnie zatrzymał.
- Kim jest więc twój ojciec, dzięki któremu zawodzisz moje zaufanie?- powiedziała zimnym tonem, na co chłopak się skulił.
- Nie mogę ci jeszcze powiedzieć- mruknął pod nosem- będziesz mnie wtedy traktowała zupełnie inaczej. Chcę być dla ciebie samym sobą, a nie synem mego ojca.
- Wydawało mi się, że jestem twoją partnerką, powinnam raczej wiedzieć taką rzecz- upierała się dziewczyna.
- Znasz go- wymamrotał po chwili ciszy- jest najważniejszą osobą w tym cholernym państwie.
Moha otworzyła szerzej oczy, przecież najważniejszą osobą w Cesarstwie jest...
- Jesteś cesarskim synem- chłopak skinął niepewnie głową.
Młoda wilczyca stała chwilę patrząc na niego, po czym osunęła się na ławkę. Musiała przemyśleć całą sytuację. Rozumiała postępowanie Galleta, jednakże poczuła się lekko zraniona. Po chwili ciszy, która zapadła, chłopak uklęknął pomiędzy jej nogami.
- Powinienem ci powiedzieć to wcześniej, prawda?- dziewczyna skinęła potakująco i spojrzała w jego oczy- Przepraszam, czasami nie myślę.
Wpatrywali się w siebie przez jakiś czas, kiedy Moha pochyliła się nagle i musnęła jego usta swoimi. Po chwili wahania starszy oddał pocałunek. Pieszczota nie trwała długo, lecz obydwoje ledwo mogli złapać oddech po jej zakończeniu.
- Chyba się w tobie zakochałem- szepnął jej od ucha chłopak, na co ona zaśmiała się.
- Ja chyba też się w tobie zakochałam- odpowiedziała mu z uśmiechem.